Dedykacja wstępu, do tego opowiadania wędruje ku Marcie, która zawsze jest mimo dzielącej nas odległości. / Nerleene
Idę długim, szkolnym korytarzem, rozglądając się dookoła. Moje myśli wciąż krążą wokół porannej rozmowy z rodzicami. Nie mogę uwierzyć, że tak szybko i spontanicznie zaplanowali wyprowadzkę. Jestem całkowicie pewna, że planowali to już wcześniej...
Pogrążona w myślach w końcu dostrzegam Sebastiana siedzącego z kolegami po drugiej stronie korytarza. Z daleka widzę, jak opiera łokcie o kolana, a na jego twarzy widnieje szeroki uśmiech. Ma dziś bardzo dobry humor... Serce pęka mi na myśl, że zaraz będę musiała mu go zepsuć. Muszę jednak to zrobić. Im szybciej się z tym uporamy, tym lepiej.
Podchodzę do chłopaków i mówię:
- Hejka.
- Cześć, mała. - Odpowiada mi Sebastian. - Jak się masz?
Określenie, którego użył dudni mi w uszach. Zawsze się tak do mnie zwraca. Wie, jak bardzo drażni mnie, gdy ktoś wypomina mi mój niski wzrost. Tym razem nie mogę udawać obrażonej. Dziś nie wolno nam żartować.
- Musimy pogadać. - Oświadczam bez owijania w bawełnę.
- Zrywasz ze mną? - Pyta Sebastian, a jego koledzy wybuchają śmiechem. Rzucam na nich wściekłe spojrzenie, po czym oświadczam, lekko poirytowana:
- Mówię serio.
To wystarczy, by iskierki rozbawienia znikły z jego ciepłych, czekoladowych oczu, a jego twarz spoważniała.
- Okej... - Słyszę.
Chwilę później ręka Sebastiana ląduje na moim ramieniu i kieruje mnie wgłąb korytarza. Jak najdalej od tłumu. Idziemy w ciszy, by w końcu wejść do jednej z pustych sal po prawej stronie. Widzę jak mój towarzysz powoli podchodzi do biurka, opiera się o nie i zaplata ręce na piersi w geście obronnym.
- O co chodzi? - Pyta, gdy staję naprzeciw niego.
Biorę głęboki wdech, ale nie mogę wypowiedzieć ani jednego słowa. Głos uwiązł mi w gardle. Zamykam oczy, próbując się uspokoić i już wyczuwam łzy usiłujące się wydostać na zewnątrz i ujawnić moje uczucia. Nie mogę na to pozwolić. Biorę kolejny wdech. Otwieram w końcu oczy i wyrzucam z siebie:
- Wyprowadzam się. - Między brwiami Sebastiana pojawia się ledwie zauważalna zmarszczka, która zdradza mi jego niezrozumienie. Widząc moją poważną minę przywraca na twarz pozorny spokój. Dlaczego uważam, że akurat pozorny? Jestem dobrym obserwatorem. Widzę rzeczy, które nie powinny być zauważone przez nikogo. Zbyt dobrze znam się na ludziach, by mogli oszukać mnie, ukrywając emocje.
- Dokąd? - Pyta.
Tak bardzo chciałabym spełnić jego oczekiwania i powiedzieć, że niedaleko. Rzeczywistość jest jednak brutalna. Przełykam głośno ślinę.
- Do Bostonu. - Wypalam.
Twarz chłopaka blednie nieznacznie. Gdybym go nie znała, pomyślałabym, że wcale się nie przejmuje zaistniałą sytuacją. Widzę, jak jego paznokcie wbijają się w ramiona. Otwórz się, myślę. Przede mną możesz... Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że tak naprawdę wcale nie chcę patrzeć na jego cierpienie.
- Kiedy? - Jego głos nie wyraża żadnych emocji, a ciemne oczy beznamiętnie wpatrują się w moje.
- Jutro w południe mam wylot.
Jego wzrok opada na stopy. Zęby delikatnie przygryzają dolną wargę. Otwiera się. Nie, nie, nie, nie, nie mogę na to pozwolić. Obojętność. Tylko ona może nam teraz pomóc. Wszystko się psuje, kiedy oczy Sebastiana z powrotem odnajdują moje. Lata nauki ukrywania uczuć poszły w las. W tych czekoladowych tęczówkach odnajduję tylko ból. Nie mogę tego znieść.
- Dlaczego? - Pyta załamanym głosem. Nigdy nie myślałam, że kogokolwiek cierpienie może mnie aż tak bardzo, bardzo, bardzo zaboleć.
- Ja... Nie mam pojęcia, to wszystko dzieje się tak szybko, rodzice mi nie powiedzieli, ale... - Spod moich powiek wypływają pojedyncze łzy. po chwili zamieniają się w prawdziwe strumienie. Widząc to Sebastian odpycha się od biurka, łapie mnie za ramiona i przyciąga do siebie. Przyciskam głowę do jego torsu.
Po jakimś czasie w końcu odrywam się od niego, ale widzę znowu obojętny wyraz jego twarzy. Ten widok wywołuje u mnie uśmiech. Sebastian zawsze pozwala nam tylko na chwilowe pokazywanie emocji. Nigdy nikogo nie traktował tak ciepło jak mnie. Odwracam się i wychodzę z pomieszczenia. Czuję w sobie nienaturalny spokój, tak jakby nigdy, nic się nie stało. No tak, myślę. Jego ramiona leczą mnie ze wszystkiego.
~~~*~~~
Siedzę prsy stole i beznamiętnie wpatruję się w kanapkę spoczywającą na moim talerzu. Nie mogę uwierzyć, że już za dwa dni będę siedziała tak samo jak teraz, z taką samą kanapką, ale w zupełnie innym miejscu. W dodatku gdzieś po drugiej stronie oceanu. Spoglądam na rodziców, którzy siedzą na przeciwko mnie. Zachowują się tak, jakby cała ta sytuacja nie robiła na nich żadnego wrażenia. Dociera do mnie, że na pewno musieli planować ten wyjazd od dawna.
Szybko kończę kolację, widząc jak moi rodzice wstają od stołu. Pospiesznie składam naczynia i wchodzę do salonu. Siadam na kanapie obok mojej matki i chwilę przyglądam się moim paznokciom nie wiedząc jak zacząć rozmowę. W końcu biorę głęboki wdech i zadaję to jedno, najważniejsze pytanie.
- Dlaczego?
- Nie jest to istotne. - Doskonale wie, co miałam na myśli. - Jutro nie idziesz do szkoły, pożegnałaś się ze znajomymi?
- Tak, mamo. Ze znajomymi się pożegnałam. Z NIM nigdy nie będę w stanie.- Po tych słowach na twarz mojej rodzicielki wstępuje zniesmaczenie. Prycham w odpowiedzi.
- Sebastian Stoughton... Tak, ten chłopak z pewnością nie jest dla ciebie dobrym towarzystwem.
- Słucham? - Wstaję. - To mój najlepszy przyjaciel! Tyle lat się już przyjaźnimy... Nigdy ci to nie przeszkadzało.
- Och, słońce... Zawsze przeszkadzało. Lepiej skończmy już ten temat, w końcu i tak już nigdy się nie zobaczycie.
- Więc to dlatego? Wyjeżdżamy, żebym nie mogła z nim się widywać?
- Mamy przynajmniej pewność, że ten chłopak ci nie zrani. - Wtrąca tata, który właśnie wszedł do pomieszczenia.
- To WY mnie ranicie! - Wyrzucam. - I wiem na temat Sebastiana i jego podejściu do dziewczyn więcej, niż się wam wydaje, więc nie życzę sobie, abyście się w to wtrącali.
- Na szczęście to nie jest koncert życzeń, a my jesteśmy twoimi rodzicami i nie wolno ci się do nas w ten sposób odnosić. Ten... Człowiek nie jest jedynym powodem naszej przeprowadzki. Uważam temat za skończony, idź się pakować.
~~~*~~~
Rzucam się na łóżko i kolejny raz daję upust łzom. Jak oni mogą? - Myślę. Kolejna fala łez spływa po moich policzkach. Mój przyjaciel nienawidzi, kiedy płaczę. Ile razy będę zmuszona to robić, kiedy jego zabraknie? Już jutro będę gdzieś daleko stąd. Z dala od znajomych, od domu, od NIEGO... Nie dam sobie rady bez jego obecności, bez uśmiechu i zapachu, który czuję za każdym razem, gdy przyciska mnie do siebie. Chwytam się za ramiona i upadam na podłogę. Z mojego gardła wydobywa się głęboki szloch. Nigdy nie byłam w takim stanie. Gdyby nie to, że stał się dla mnie kimś ważnym, mogłabym dalej żyć spokojnie w tym miejscu. Gdyby nie zaczął ranić tych wszystkich dziewczyn, które kiedykolwiek myślały, że coś dla niego znaczą. Nie podobało mi się to, ale tylko raz mu to wypomniałam.
- Podoba ci się to, jak one cierpią? - Spytałam.
- Nic na to nie poradzę. - Odparł.
- Ale...
- Przetrwają najsilniejsi. OBOJĘTNOŚĆ I LEKCEWAŻENIE są naszą największą bronią.
Od tamtej pory oboje uczyliśmy się zachowywać pozorny spokój i obojętność. On opracował to do perfekcji, ale mnie trochę brakuje. Czasami coś we mnie pęka. To właśnie jest jedna z tych chwil.
~~~*~~~
Budzi mnie przeraźliwe światło wdzierające się do mojego pokoju przez odsłonięte okno. Zakrywam twarz poduszką i próbuję ponownie zasnąć. Nie dane jest mi jednak odpocząć, gdyż po chwili słyszę jakiś huk. Przeklinam w myślach. Odrzucam poduszkę i zrywam się z łóżka. Ze zdziwieniem patrzę na Sebastiana stojącego z wielkim pudłem na środku mojego pokoju tyłem do mnie.
- Dzień dobry. - Słyszę.
- Co tu robisz? - Pytam i podchodzę do niego, by zajrzeć przez jego ramię na zawartość kartonu.
- Żegnam się.
- Z moimi zdjęciami? - Pytam wesoło spoglądając na fotografie na dnie pojemnika.
Chłopak wzdycha ciężko, wrzuca ostatnią ramkę do pudła, zamyka je i odkłada w róg pokoju. Odwraca się z szerokim uśmiechem na twarzy, zakłada ręce na ramiona i mówi.
- Myślę, że nie powinniśmy być aż tak przepełnieni ironią. To nie jest zdrowe. - Puszcza mi oczko, a ja wybucham śmiechem.
Sebastian podchodzi do mnie i przytula. Jedną ręką mnie obejmuje, a drugą odgarnia włosy do tyłu i szepcze mi do ucha.
- Będę tęsknić...
- Wiem... Ja też.
- Hej... Im mniej ludzie wiedzą o tobie tym lepiej. Pamiętaj o tym, mała...
- Oczywiście. Ty też. - Odpowiadam i odpycham się od niego. Ścieram dłonią łzy z twarzy i pochodzę do szafy. Mam dwie godziny, by skończyć się pakować. Nie zrobiłam tego wieczorem, bo zasnęłam, więc muszę teraz. Większość półek jest już pusta. Sebastian musiał je opróżnić. Właśnie dociera do mnie jeden fakt...
- Długo tu jesteś?
- Około dwóch, trzech godzin. Twój tata mnie wpuścił, żebym się pożegnał i pomógł ci.
- Dziękuję.
- Nie musisz, wiesz, że sama byś nie zdążyła tego zrobić.
- Nie o to chodzi. Znaczy o to też, ale...
- No to o co?
- Zasnęłam na podłodze. - Odpowiadam.
- No i?
- I... Obudziłam się w łóżku.
- Płakałaś. - Stwierdza. Miałam nadzieję, że nie poruszy tego tematu.
- Dziękuję za pomoc. - Powtarzam i odwracam się. Kątem oka dostrzegam, jak wzrusza ramionami.
Sprzątnięcie wszystkiego zajmuje nam około godziny. Najwyższy czas, by się pożegnać, bo rodzice czekają już na mnie na zewnątrz. Chcieli szybciej wyjechać, by zjeść coś przed wylotem. Spoglądam na Sebastiana, którego twarz nie ma żadnego konkretnego wyrazu. Wychodzimy z domu i dopiero wtedy mój przyjaciel odwraca się w moją stronę. Serce wali mi jak oszalałe. Chłopak chwyta mnie za podbródek i unosi go, zmuszając mnie, bym spojrzała mu w oczy. Podnoszę na niego zaszklony wzrok i wpatruję się w te ciemne tęczówki.
- Przestań. Wyczerpałaś już zapas łez na ten dzień. - Ironia w jego głosie każe mi się uśmiechnąć.
- W tej sytuacji nie ma nic śmiesznego. - Mówię. - Daruj sobie ironie, bo nie robisz na nikim wrażnia. - Uśmiecham się szerzej.
- W tej sytuacji jest wiele powodów do śmiechu. Popatrz na Mickey'go. Kręci się z przerażeniem, jakby zobaczył własne odbicie. - Znowu parskam śmiechem. Sebastian zawsze uważał, że mój kot jest paskudny.
- Widzisz? Jak się śmiejesz, wyglądasz na szczęśliwą. Po co ludzie mają wiedzieć, że tak naprawdę rozrywa cię od środka?
- Nie lepiej, gdybym NAPRAWDĘ była szczęśliwa?
- To bądź.
- Nie mogę, zostawiając cię tutaj. Jeszcze gorsza jest świadomość, że może już nigdy cię nie zobaczę.
- Skąd ta pewność? - Pyta zdezorientowany. Nie mogę mu powiedzieć, czego się dowiedziałam. Czułby się winny... Nie zniosłabym tego.
- Wyjeżdżam za ocean... Nowe życie i tak dalej... - Wymyślam na prędce.
- Zobaczymy się jeszcze. JUŻ ZAWSZE BĘDZIEMY RAZEM! - Krzyczy i teatralnie chwyta się za serce. Kiedy znowu wybucham śmiechem, chwyta mnie za ręce i przyciąga do siebie. Po chwili słyszę szept.
- Na poważnie... Zobaczymy się na pewno. Obiecuję. - Patrzę na niego zdziwiona.
- Ty nigdy nie obiecujesz.
- Muszę. Teraz muszę. Ale ty również mi coś obiecaj. - Kiedy kiwam głową na znak zgody, kontynuuje. - Nigdy. Nie wolno. Ci. Nikomu. Zaufać. W stu. Procentach. Im mniej ludzie o tobie wiedzą...
- Tym lepiej dla mnie, wiem... Hej. - Rzucam, gdy widzę na jego twarzy smutek. - Ogranicz liczbę płaczących w poduszkę dziewczyn.
Tym razem to on wybucha śmiechem. Po raz kolejny obejmuje mnie i mówi z rozbawieniem.
- Postaram się. Trzymaj się, mała...
- Ty też i... Dziękuję. - Odsuwam się. - Za wszystko.
Wymijam go i podchodzę do samochodu. Daję znak tacie, że może jechać i wsiadam do pojazdu. Kiedy Sebastian przechodzi obok mnie i kiwa głową do moich rodziców na znak szacunku, jestem zmuszona spojrzeć na niego przez otwartą szybę. Mój przyjaciel pochyla się i mówi.
- Nie płacz za dużo. - Puszcza mi oczko i odchodzi w stronę swojego domu. Odjeżdżamy. Odwracam się, ale szybko dociera do mnie prawda. On się nie odwróci. Jak może się odwrócić? Wyciągam telefon i piszę.
Szybko otrzymuję odpowiedź.
Uśmiecham się. Opieram głowę o wezgłowie i ciężko wzdycham. Właśnie zostawiam swoje dotychczasowe życie i pędzę w nieznany mi świat. Zostają tu wspomnienia i wiem, że to wszystko, co zdarzyło się tu, w Londynie już nigdy nie wróci.
Sebastian podchodzi do mnie i przytula. Jedną ręką mnie obejmuje, a drugą odgarnia włosy do tyłu i szepcze mi do ucha.
- Będę tęsknić...
- Wiem... Ja też.
- Hej... Im mniej ludzie wiedzą o tobie tym lepiej. Pamiętaj o tym, mała...
- Oczywiście. Ty też. - Odpowiadam i odpycham się od niego. Ścieram dłonią łzy z twarzy i pochodzę do szafy. Mam dwie godziny, by skończyć się pakować. Nie zrobiłam tego wieczorem, bo zasnęłam, więc muszę teraz. Większość półek jest już pusta. Sebastian musiał je opróżnić. Właśnie dociera do mnie jeden fakt...
- Długo tu jesteś?
- Około dwóch, trzech godzin. Twój tata mnie wpuścił, żebym się pożegnał i pomógł ci.
- Dziękuję.
- Nie musisz, wiesz, że sama byś nie zdążyła tego zrobić.
- Nie o to chodzi. Znaczy o to też, ale...
- No to o co?
- Zasnęłam na podłodze. - Odpowiadam.
- No i?
- I... Obudziłam się w łóżku.
- Płakałaś. - Stwierdza. Miałam nadzieję, że nie poruszy tego tematu.
- Dziękuję za pomoc. - Powtarzam i odwracam się. Kątem oka dostrzegam, jak wzrusza ramionami.
~~~*~~~
Sprzątnięcie wszystkiego zajmuje nam około godziny. Najwyższy czas, by się pożegnać, bo rodzice czekają już na mnie na zewnątrz. Chcieli szybciej wyjechać, by zjeść coś przed wylotem. Spoglądam na Sebastiana, którego twarz nie ma żadnego konkretnego wyrazu. Wychodzimy z domu i dopiero wtedy mój przyjaciel odwraca się w moją stronę. Serce wali mi jak oszalałe. Chłopak chwyta mnie za podbródek i unosi go, zmuszając mnie, bym spojrzała mu w oczy. Podnoszę na niego zaszklony wzrok i wpatruję się w te ciemne tęczówki.
- Przestań. Wyczerpałaś już zapas łez na ten dzień. - Ironia w jego głosie każe mi się uśmiechnąć.
- W tej sytuacji nie ma nic śmiesznego. - Mówię. - Daruj sobie ironie, bo nie robisz na nikim wrażnia. - Uśmiecham się szerzej.
- W tej sytuacji jest wiele powodów do śmiechu. Popatrz na Mickey'go. Kręci się z przerażeniem, jakby zobaczył własne odbicie. - Znowu parskam śmiechem. Sebastian zawsze uważał, że mój kot jest paskudny.
- Widzisz? Jak się śmiejesz, wyglądasz na szczęśliwą. Po co ludzie mają wiedzieć, że tak naprawdę rozrywa cię od środka?
- Nie lepiej, gdybym NAPRAWDĘ była szczęśliwa?
- To bądź.
- Nie mogę, zostawiając cię tutaj. Jeszcze gorsza jest świadomość, że może już nigdy cię nie zobaczę.
- Skąd ta pewność? - Pyta zdezorientowany. Nie mogę mu powiedzieć, czego się dowiedziałam. Czułby się winny... Nie zniosłabym tego.
- Wyjeżdżam za ocean... Nowe życie i tak dalej... - Wymyślam na prędce.
- Zobaczymy się jeszcze. JUŻ ZAWSZE BĘDZIEMY RAZEM! - Krzyczy i teatralnie chwyta się za serce. Kiedy znowu wybucham śmiechem, chwyta mnie za ręce i przyciąga do siebie. Po chwili słyszę szept.
- Na poważnie... Zobaczymy się na pewno. Obiecuję. - Patrzę na niego zdziwiona.
- Ty nigdy nie obiecujesz.
- Muszę. Teraz muszę. Ale ty również mi coś obiecaj. - Kiedy kiwam głową na znak zgody, kontynuuje. - Nigdy. Nie wolno. Ci. Nikomu. Zaufać. W stu. Procentach. Im mniej ludzie o tobie wiedzą...
- Tym lepiej dla mnie, wiem... Hej. - Rzucam, gdy widzę na jego twarzy smutek. - Ogranicz liczbę płaczących w poduszkę dziewczyn.
Tym razem to on wybucha śmiechem. Po raz kolejny obejmuje mnie i mówi z rozbawieniem.
- Postaram się. Trzymaj się, mała...
- Ty też i... Dziękuję. - Odsuwam się. - Za wszystko.
Wymijam go i podchodzę do samochodu. Daję znak tacie, że może jechać i wsiadam do pojazdu. Kiedy Sebastian przechodzi obok mnie i kiwa głową do moich rodziców na znak szacunku, jestem zmuszona spojrzeć na niego przez otwartą szybę. Mój przyjaciel pochyla się i mówi.
- Nie płacz za dużo. - Puszcza mi oczko i odchodzi w stronę swojego domu. Odjeżdżamy. Odwracam się, ale szybko dociera do mnie prawda. On się nie odwróci. Jak może się odwrócić? Wyciągam telefon i piszę.
Szybko otrzymuję odpowiedź.
Uśmiecham się. Opieram głowę o wezgłowie i ciężko wzdycham. Właśnie zostawiam swoje dotychczasowe życie i pędzę w nieznany mi świat. Zostają tu wspomnienia i wiem, że to wszystko, co zdarzyło się tu, w Londynie już nigdy nie wróci.

